Studium detektywa, studium kryminałów, studium epoki
„Studium w szkarłacie", pierwsze opowiadanie, w którym pojawia się najsłynniejszy detektyw świata, Sherlock Holmes, okazuje się dziś szczególnie ciekawe, nie tylko dlatego, że to prawdziwy klasyk, ale także przez żywy komentarz, jaki stanowi tak do współczesnych ekranizacji prozy sir Arthura Conan Doyle'a, jak i kryminałów w ogóle.
Obecnie o Holmesie najgłośniej jest chyba za sprawą filmów Guy'a Ritchiego (druga część jego serii, nosząca podtytuł „Gra cieni", właśnie w kinach). Obraz reżysera „Przekrętu" zyskał jednak tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Detektyw jawi się w nim bardziej jako pijaczyna (czy nawet ćpun), bokser i pewnego rodzaju magik, niż powściągliwy angielski dżentelmen, mozolnie pracujący nad szczegółami zbrodni. Wizja Ritchiego wcale nie jest tymczasem specjalnie odległa od oryginału, a już z całą pewnością w historii kina zdarzały się pozycje daleko bardziej grające z nieśmiertelną literaturą Doyle'a, chociażby komedia kryminalna „Po kłębku do nitki" Thoma Eberhardta, w której Holmes (Michael Caine) był po prostu wynajętym przez Johna Watsona (Ben Kingsley) aktorem, grającym rolę detektywa — w rzeczywistości zaś zwykłym głupkiem, odwracającym uwagę od rozwiązującego wszystkie sprawy doktora. W dziele Ritchiego największą innowacją także pozostaje stosunek Holmesa do Watsona, ten ostatni bowiem jest od swej papierowej wersji bardziej skłonny do polemiki ze swoim współlokatorem, dzięki czemu Robert Downey Jr. (Holmes) i Jude Law (Watson) mogli stworzyć jeden z najzabawniejszych ekranowych duetów ostatnich lat, co obok szybkiego tempa, wartkiej akcji i świetnych efektów specjalnych stanowi wielki plus filmu.
Jaki jest zatem oryginalny Holmes? Oczywiście jest mistrzem dedukcji, ale również i miłośnikiem boksu, mężczyzną potrafiącym się bić, badaczem śmiało eksperymentującym na czym tylko popadnie, chociażby na umierającym buldogu. Cechuje go także swoisty pragmatyzm, przejawiający się w tym, że interesują go jedynie te dziedziny nauki, które mogą przydać się w śledztwie. Pozostaje zatem świetnie obeznany z kryminalistyką, chemią, z wybranymi zagadnieniami botaniki czy geologii, natomiast wykazuje zupełną ignorancję w zakresie filozofii, literatury czy astronomii — przy okazji tej ostatniej warto wspomnieć, że nie zdaje sobie nawet sprawy z faktu, że Ziemia obraca się dookoła Słońca. Jak sam w którymś momencie stwierdza, „umysł ludzki to prosty pokoik, który powinno się umeblować według własnego wyboru. Szaleniec wpakuje weń wszystkie napotkane graty, a naprawdę mu potrzebne pozapycha gdzieś po kątach albo w najlepszym razie pomiesza z innymi i nigdy nie będzie miał ich pod ręką. Natomiast wytrawny rzemieślnik na polu pracy umysłowej przebiera w tym, co pcha do mózgu. Nie chce on niczego prócz potrzebnych mu narzędzi, ale te za to ma w pełnym komplecie i we wzorowym porządku".
Powyższa wypowiedź zdaje się pełnić potrójną rolę: po pierwsze charakteryzuje samego Holmesa. Jasno jest tutaj pokazane, że jego nadzwyczajne zdolności dedukcyjne —tak nadzwyczajne, że niektórym rzeczywiście mogą kojarzyć się już nie z logicznym wyciąganiem wniosków, lecz pewnego rodzaju magią właśnie — są nie tyle wynikiem samego geniuszu, ile przede wszystkim ciężkiej pracy i nauki wszystkiego, co związane z kryminalistyką, nauki okupionej w dodatku brakiem podstawowej wiedzy w innych sferach życia. Po drugie: odnosi się do jego metody pracy także w sensie dosłownym, znaczną część zagadki „Studium w szkarłacie" Holmes rozwiązuje przecież w samym pomieszczeniu, będącym miejscem zbrodni. Zwraca uwagę na każdy szczegół, z samych odcisków stóp jest w stanie określić nie tylko wzrost i wagę przestępcy, lecz również jego stan emocjonalny. Już tutaj stwarza sobie teorię, którą później jedynie sprawdza.
Po trzecie wreszcie: charakteryzuje samą książkę (a w zasadzie również i film), stanowiącą niejako wzorzec — dodajmy, że właściwie niedościgniony — powieści kryminalnej. W zwięzłej przecież formie Doyle zawarł wszystko, co dla tego gatunku niezbędne: ciekawą, a przy tym prawdopodobną intrygę, nietuzinkowych bohaterów, a przy okazji niezbędne dla realizmu zagadnienia społeczne i polityczne, tutaj zawierające się chociażby w analizie wypisanego na miejscu zbrodni, niemieckiego słowa „Rache", które jeden z policjantów bierze za niedokończone imię Rachela (w tej scenie przejawia się humor Doyle'a, o którym także warto wspomnieć), a które prasa powiąże z kolei z uchodźcami politycznymi, socjalistami, rewolucjonistami. Tło historyczne czy koloryt lokalny występują w „Studium w szkarłacie" nie tylko w idealnych proporcjach, ale również i w idealnym kontekście, zawsze wiążąc się — choć przede wszystkim na zasadzie mylnych tropów — z samą rozwiązywaną przez detektywa sprawą.
Warto zatem sięgnąć tak po „Studium w szkarłacie" (właśnie ukazało się wersji audio w Bibliotece Akustycznej), jak i wybrać się do kina na film „Sherlock Holmes: Gra cieni". Najlepiej zaś zrobić obie te rzeczy i przekonać się, że mimo dzielącej je różnicy czasu i zupełnie odmiennej formy, oba te działa w świetny sposób opowiadają nam o tym samym, wciąż fascynującym detektywie.
(recenzja powstała dzięki współpracy z portalem www.info.audiobook.pl)
