Zapaść
Autorka Zapaści nie powołuje świata do istnienia. Nie stara się ani ustalić lub ustanowić jego sensu, ani obnażyć sprzeczności związanych z jego pojmowaniem. Tu chodzi raczej o przedstawienie rzeczy poprzez pryzmat ciała, o uporządkowanie doznań cielesnych w perspektywie codziennego życia. O ile więc u innej młodej poetki Julii Szychowiak ciało odgrywa rolę czysto dyskursywną i służy przede wszystkim zabiegom lingwistycznym, o tyle dla Joanny Lech zdaje się narzędziem poznawczym:
Brzeg jest skórą, która wyznacza granice. Dzieci wyrzeźbiły w niej korytarze, kierunki pływu, krwiobieg. Patrzę na to od spodu, bo nie chcę być już pytaniem,punktem odniesień. W wierszach Joanny Lech panuje złowieszczy nastrój. Lirycznym impresjom towarzyszy niepokój, a rwana narracja wprowadza atmosferę tajemnicy. Ale choć tomik stanowi spójną całość, a kolejne wiersze układają się w niebanalną opowieść, to brakuje mi tu nieco powietrza, jakichś szczelin, które pozwoliłyby zmienić raz obraną perspektywę interpretacyjną. Co bowiem począć z powierzchnią tak gładką, że nawet trauma zdaje się wykrojona według miary i sformatowana na potrzeby narracji? Doprawdy, trudno wejść w dialog z taflą.
Głód staje się więc funkcją egzystencji, istotnym elementem świadomości, która stawia pytanie o swoją tożsamość. „Jeszcze nie wiem, kim będę, wciąż jestem wewnątrz", mówi bohaterka wiersza Rozkład z widokiem. A zaraz potem dodaje: „Krawędzie są ostre, zło czai się w ciele". Poczucie, że ciało uwiera, że w jakiś sposób jest obce i nie pasuje do świata, przewija się zresztą przez całą książkę. To nieustanne pragnienie wyjścia poza siebie można chyba potraktować jako świadectwo dojrzewania. Odczuwać głód – znaczy: odczuwać brak. A więc dojrzewać. Poezję Joanny Lech porównałbym więc do owej zamyślonej, nastoletniej dziewczyny, dla której wszystko jest ostatnie. Bo właśnie się rozpoczyna.
